Piękna pogoda i ciepłe wieczory spędzane na tarasie w otoczeniu drzew. W tle cisza, przez którą przebijały się jedynie odgłosy natury. Do tego aktywny wypoczynek na rowerach, zwieńczony relaksem w balii i saunie, pyszne śniadania oraz odkrywanie fantastycznych restauracji w okolicy. Tak minął nam zeszłoroczny majówkowy weekend pełen pięknych miejsc w okolicach Kazimierza Dolnego!
Siedlisko Marianna – piękne siedlisko w otoczeniu natury
Majówka, jak każdy długi weekend, to czas, w którym korki są niemal wszędzie, dlatego tym razem postanowiliśmy pojechać gdzieś blisko, żeby nie tracić cennych godzin na dojazd. Chcieliśmy wypocząć aktywnie, dlatego zabraliśmy ze sobą rowery. Nasz wybór padł na Janowiec koło Kazimierza Dolnego, a konkretnie na Siedlisko Marianna, które wypatrzyłam na mojej ukochanej stronie Slowhop.
Siedlisko położone jest w małej wiosce Ławeczko Stare. Na nasz pobyt wybraliśmy pokój „Leśnik” z przepięknym, zadaszonym tarasem. Widok z tarasu oczarował mnie już od wejścia. Otoczenie drzew, popołudniowe słońce i możliwość oglądania zachodów słońca siedząc pod kocykiem na tarasie – to było dokładnie to, czego potrzebowaliśmy!

Samo siedlisko jest nowoczesne, nieskazitelnie czyste i bardzo ładnie urządzone. Na dość sporym terenie znajdują się dedykowane miejsca na ogniska, hamaki, mały staw oraz strefa z sauną i balią zewnętrzną. Druga sauna znajduje się w budynku. Jest też duża stodoła, która idealnie nadaje się na klimatyczny ślub lub przyjęcie. A dookoła? Po prostu kojący widok na pola i niekończącą się przestrzeń.







Pyszne, lokalne śniadania to coś, za co najbardziej kocham agroturystyki i na co bardzo zwracam uwagę. Tym razem też się nie zawiodłam. Z całego serca polecam Wam to miejsce.




Petla rowerowa Siedlisko – Puławy – Kazimierz – Janowiec – Siedlisko
Pierwszego dnia po południu zrobiliśmy sobie krótką rozgrzewkę, jadąc na kolację do Janowca, ale nasza główna wyprawa zaplanowana była na kolejny dzień. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy wodę oraz przekąski i ruszyliśmy w drogę.
Nasza trasa prowadziła z siedliska prosto do Puław, następnie malowniczą ścieżką przy wale wiślanym aż do Kazimierza, skąd przeprawiliśmy się promem do Janowca, by ostatecznie wrócić do siedliska. Cała trasa miała niecałe 50 km.

Pierwszy odcinek do Puław prowadził głównie lokalnymi, asfaltowymi drogami przez pola, lasy i małe wioski, gdzie ruch samochodowy był znikomy. Większość trasy upłynęła nam więc w bliskim kontakcie z naturą. Niestety, jeden niewielki końcowy fragment prowadził wzdłuż znacznie bardziej ruchliwej ulicy. Choć przez większość czasu mogliśmy korzystać z chodników, momentami ich brakowało i musieliśmy zjechać na jezdnię. Na szczęście był to jedyny taki odcinek na całej trasie.

Muzeum Czaroryskich czyli przystanek w Puławach
W Puławach zrobiliśmy przystanek w Muzeum Czartoryskich. To piękne miejsce, które za sprawą księżnej Izabeli stało się w 1801 roku pierwszym muzeum w Polsce. Bilet wstępu do pałacu kosztował 30 zł od osoby. W eleganckich wnętrzach mogliśmy podziwiać cenne pamiątki rodowe, piękną porcelanę oraz historyczne militaria (choć one zazwyczaj interesują mnie najmniej – za to Tomek był zachwycony).


Co więcej, wciąż można tu poczuć klimat dawnych „Aten Polskich”. Jest on obecny nie tylko we wnętrzach, ale i w otaczającym pałac romantycznym parku, gdzie pośród drzew kryją się słynna Świątynia Sybilli oraz Dom Gotycki.


Również przestrzeń bezpośrednio przed wejściem do pałacu jest pięknie zaaranżowana i można spotkać pawie, które co śmieszne jak na zawołanie pokazały się w pełnej krasie o pełnej godzinie. Chcieliśmy poczekać czy zrobią to samo w kolejnej godzinie, ale czas już nas naglił 😉



Z terenu pałacu Czartoryskich wjeżdża się bezpośrednio na ścieżkę rowerową, którą dojeżdżamy do samej Wisły, a konkretnie na wał wiślany.
To właśnie wzdłuż niego prowadzi kolejna część trasy – około 15 kilometrów prostej, cichej, zielonej, bardzo dobrze utrzymanej ścieżki rowerowej. Szlak jest bardzo popularny, ale niezwykle przyjemny. Takimi widokami cieszyliśmy się, aż musieliśmy nieco zboczyć i przeprawić przez strumień po prowizorycznym mostku. Na szczęście nie było to wielkim wyzwaniem i na horyzoncie niebawem pojawił się nasz kolejny przystanek: Kazimierz Dolny.

Kazimierz Dolny- (zatłoczona) perełka regionu
Chyba nie ma osoby, która nie znałaby Kazimierza Dolnego. To przepiękne miasteczko kipi artyzmem i tajemniczością – znajdziecie tu słynny zamek, Górę Trzech Krzyży oraz otaczające miasto liczne winiarnie i wąwozy (można udać się na nocne zwiedzanie z pochodniami – polecam). To też miejsce, gdzie odbywa się wiele festiwali – chociażby filmowych, czy muzycznych jak Kazimiernikejszyn – letni festiwal, który trwa kilka dni i koncerty odbywają się zarówno na rynku głównym, jak i w kamieniołomach. Fantastyczny vibe.
Niestety majówka to okres, gdzie tłumy były wręcz przytłaczające. Jako że odwiedzaliśmy Kazimierz już wielokrotnie, nie zostaliśmy tu długo, jedynie na kawę i lody, ale to bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miasteczek w Polsce i miejsce o wyjątkowej energii, do którego zawsze warto wrócić.

Tak naprawdę wystarczy kawałek odjechać od centrum Kazimierza i można na spokojnie odpocząć, chociażby siedząc sobie przy Wiśle. Tereny są tu naprawdę piękne. Jest też stąd niedaleko do Nałęczowa czy chociażby Lublina i jego uroczej starówki. Ten region to perełka zarówno pod względem kultury, natury, ale też kuchni.
Przeprawa przez Wisłę, czyli prom do Janowca
Prom z Janowca do Kazimierza pamiętam jeszcze z okresu dziecięcego, kiedy jeździliśmy w te strony do naszej rodziny. Nic się od tamtej pory nie zmieniło, bo to wciąż praktycznie jedyna opcja, żeby przeprawić się przez Wisłę i nie nadrabiać wielu kilometrów. Jednocześnie to, szczerze mówiąc, wielka frajda i fajny element naszej wycieczki. Opłata za osobę z rowerem to 17 zł i taka przeprawa trwa kilka minut.
W Janowcu zatrzymaliśmy się na obiadokolację w Maćkowej Chacie – knajpie, którą odkryliśmy już wiele lat temu, będąc w tych okolicach i już wtedy nas zachwyciła. Mają przepyszne domowe, polskie jedzenie. Niebo w gębie!




Wieczorem zarezerwowaliśmy sobie saunę wewnętrzną. W cenie są 2 godziny sauny na wyłączność, można przynieść sobie picie i przekąski. Bardzo przyjemny czas i relaks po aktywnym dniu.
Janowiec – zamek i odkryty ziołowy raj
Następnego dnia wybraliśmy się do Janowca. Główną atrakcją tego miejsca jest zamek. Zamek nie jest duży, ale to imponująca, renesansowa ruina, dawna siedziba rodu Firlejów, która wznosi się na wysokiej, stromej skarpie, dzięki czemu roztacza się z niego spektakularny widok na dolinę Wisły oraz przeciwległy Kazimierz Dolny.
Z zamku udaliśmy się spacerkiem w stronę miejsca, które poleciła nam właścicielka Siedliska. Manes – ziołowe miejsce to unikalne miejsce, gdzie właściciel własnoręcznie zbiera lokalne dzikie zioła, owoce, i zamienia je w prozdrowotne octy, nalewki i inne mikstury. Jak sam mówi poświęcił życie na to, by połączyć swoją wiedzę ze studiów na kierunkach dietetyka, zielarstwo i fitoterapia m.in. na SGGW w Warszawie z siłami natury, a owoce swojej pracy sprzedaje właśnie tu. Kocham takie miejsca, więc było to moje must see 🙂
Jego kolekcja maceratów, octów i innych kolorowych mikstur wygląda imponująco. Na miejscu jest też mały bar, w którym można się czegoś napić i coś zjeść, a także roztacza się piękny widok na dolinę. Wydalam tu mnóstwo pieniędzy, ale nie mogłam się oprzeć.






Tego dnia postanowiliśmy zjeść obiad w innym miejscu i wybraliśmy restaurację Czarna Dama w Janowcu. Jedzenie było trochę droższe niż w Maćkowej Chacie, ale równie przepyszne. Zjedliśmy obłędną zupę pokrzywową, do tego drugie danie i deser. Z pewnością mogę stwierdzić, że kulinarnie zakochałam się w Janowcu.




Relaks w balii i ulewa na zwieńczenie dnia
Na dzisiejszy wieczór zarezerwowaliśmy balię. Mieliśmy wizję wygrzania się w niej po całym dniu, ale nie spodziewaliśmy się, że… wieczór będzie tak ciepły, że balia była dla nas wręcz za ciepła! Mimo to i tak bardzo przyjemnie spędziliśmy ten czas. Cisza, nastrojowe lampeczki, a od czasu do czasu pokropił przyjemny orzeźwiający deszczyk.


I tak mieliśmy szczęście, bo po powrocie do pokoju dosłownie rozpętała się burza i ulewa. Usiedliśmy na naszym tarasie, przykryliśmy się kocem i obserwowaliśmy burzę, chłonęliśmy piękne zapachy i odgłosy. To był magiczny wieczór.

Ten majówkowy weekend utwierdził mnie w przekonaniu, że okolice Kazimierza to jeden z moich ulubionych regionów w Polsce. Aktywnie, kulinarnie, widokowo – naprawdę trudno się rozczarować. Jeśli szukacie miejsca na długi weekend niedaleko Warszawy i chcecie uciec od korkowego szaleństwa – zdecydowanie polecam. Nie pożałujecie.



